Słynny taniec spopularyzowany przez Michaela Jacksona, "moonwalk", polega na tym, że tancerz cofa się i wykonuje przy tym ruchy, jakby w istocie szedł do przodu. Ta perfekcyjna iluzja była ozdobą występów zmarłego ostatnio piosenkarza, który śpiewał o swojej wyimaginowanej, pięknej fance "Billie Jean". Billie Jean miała być dziewczyną w rodzaju groupie, która tańczyła ze swoim idolem, a potem oskarżyła go o romans, niechcianą ciążę, a "przez 40 dni i 40 nocy prawo było po jej stronie".
Dobrze, już dość insynuacji. Nie podejmowałabym znowuż tematu Polańskiego (czy to "biednego" czy też "podłego"), wątku, który został już przewałkowany do tej pory na sto różnych sposobów. Ale w związku z komentarzami, często bardzo napastliwymi wobec mnie, zajmę się już nie podmiotem, ale przedmiotem "odrażającego czynu", a zatem: Samanthą Geimer.
Argument: Wyobraź sobie swoją zamroczoną i zgwałconą córkę. Cóż, nie jest to miła wizja. Dlatego też ani nie prowadzam swojej córki na spotkania ze starszymi panami, ani nie pozwalam im tego robić z własnej inicjatywy. Mama Samanthy nie miała takich oporów, dziewczynka zresztą chyba też, biorąc pod uwagę, że w wieku 13 lat nie była już dziewicą. I w porządku, może Samantha była kochliwa i miała fajnego chłopaka. Tylko że zgodnie z kalifornijskim prawem tego amanta też można ścigać.
Jeszcze dygresja o mamie Samanthy. Gdyby naprawdę przejęła się krzywdą swojej córki - bo jeżeli wierzyć wersji o gwałcie, która była w ciągu tych trzydziestu lat modyfikowana (a to jednak jej nie trzymał etc.) - raczej nie żaliłaby się straszliwym losem swojej podopiecznej każdemu ówczesnemu brukowcowi. Skoro tyle osób nakazuje mi, abym próbowała się wczuć w rolę osoby skrzywdzonej: gdyby moja córka została tak przerażająco potraktowana przez czterdziestoletniego faceta, zatroszczyłabym się przede wszystkim o nią samą. O to, żeby nie musiała tego wciąż psychicznie przeżywać. Chciałabym jej pomóc się uspokoić. Nie podobałaby mi się jej podobizna i łzy na stronie magazynów w każdym kiosku. Ale to tylko jeden aspekt sprawy. Jako matka chciałabym też procesu i prawdziwej kary (czyli więzienia, skoro takie są tamtejsze sankcje), a nie układałabym się na 150 tysięcy dolarów odszkodowania.
Wobec prawa wszyscy są równi. Tak, to prawda, i wbrew komentarzom niektórych, nie chcę tego podważać. Na mocy prawa sprawa o gwałt jest przegrana. Na mocy prawa powinien być Roman P., a nie Roman Polański ani też Polaczek, którego należy "dorwać".
Bo dla mnie machinacje Samanthy na przestrzenii lat to taki tytułowy moonwalk. Dostajemy obraz zbrodni, krzywdy, cierpień i złamania życia. Gdzieś umyka cała aranżacja, która zapewniła to widowisko. Ale przecież jak się to obserwuje, to wszystko jest jasne: gwałt na niewinnej, a Jackson tańcząc idzie do przodu - tylko to nie pasuje, że w perspektywie robi się coraz mniejszy. Ale kto by się przejmował? Na mocy prawa - czy to kalifornijskiego, czy optyki - prawda sama się rzuca w oczy.


Mamusia to też osobny rozdział.